Czy kobieta, która straciła dziecko, jest „prawdziwą matką”? Rodzice po poronieniu a językowy obraz macierzyństwa
W którym dokładnie momencie kobieta staje się w społecznym odbiorze matką, a mężczyzna – ojcem? To, w jaki sposób postrzegamy siebie i innych ludzi, można odkryć, przyglądając się językowi, którym posługujemy się na co dzień. W języku zawarta jest bowiem utrwalona w społeczności nim mówiącej interpretacja otaczającej człowieka rzeczywistości, w języku znajdują odbicie także stereotypy funkcjonujące w społeczeństwie. Chciałabym krótko zwrócić uwagę jedynie na rozumienie pojęcia ‘matki’ we współczesnym języku polskim, choć analogiczny wywód można by zapewne przeprowadzić w odniesieniu do słowa ojciec.
„Inny słownik języka polskiego” (pod red. M. Bańki) jako pierwsze znaczenie w haśle „matka” podaje:
Nasza matka to kobieta, która nas urodziła i zwykle nas wychowuje.
Niemal identyczna definicja z „Uniwersalnego słownika języka polskiego” (pod red. St. Dubisza) brzmi:
«kobieta, która urodziła dziecko i zwykle je wychowuje»
I jeszcze „Słownik języka polskiego PWN”, oparty na słowniku pod red. M. Szymczaka:
«kobieta mająca własne dziecko (dzieci) w stosunku do tego dziecka (lub ze względu na nie)»
We wszystkich definicjach uwzględniony jest podstawowy element: matką jest się zawsze dla kogoś – dla dziecka. Nie można być matką „tak po prostu”. Macierzyństwo jest więc relacją między dwiema osobami.
Drugim komponentem znaczenia jest to, co – wydawałoby się – z faktu urodzenia dziecka wynika w sposób naturalny: wychowanie dziecka, opieka nad nim; stereotypowa „matczyność”. Ten komponent lub jego brak decyduje o tym, że w obrębie kategorii matek wprowadzamy językowo dodatkowe podziały. Kobietę, która urodziła dziecko, ale nie wychowuje go osobiście, nazywamy matką biologiczną (matką rodzoną). Matką adopcyjną (a także przybraną matką, zastępczą matką) jest taka kobieta, która wprawdzie nie urodziła konkretnego dziecka, ale wychowuje je i przyjęła je za swoje. Dodatkowo komplikuje ten obraz pojęcie matki zastępczej (surogatki) – ona nosi i rodzi dziecko, które nie musi być z nią genetycznie spokrewnione.
Pojęcie ‘matki’ składa się z wiązki cech, tworzy skomplikowany model, w obrębie którego mieszczą się różne kategorie osób wyróżniane językowo z uwagi na różne cechy. Są >matki pracujące i matki dzieciom, matki karmiące, wyrodne matki, młode/młodociane matki, samotne matki… Językoznawcy związani z nurtem lingwistyki kognitywnej (np. George Lakoff) stwierdzają wprost, że nie można podać zbioru cech koniecznych i wystarczających, których spełnienie przez daną osobę oznaczałoby, że można ją nazwać matką. Nie można także obiektywnie i definitywnie stwierdzić, jakie cechy powinna posiadać prototypowa „prawdziwa matka”.
Czy język daje zatem odpowiedź na pytanie o to, kiedy dokładnie kobieta staje się matką? Wydaje się, że mimo wszystko tak. Co ma na myśli ktoś, kto mówi: Niedługo miała zostać matką? Najprawdopodobniej chodzi mu o to, że ta kobieta niedługo ma urodzić (ew. adoptować) dziecko. Chyba nie powiemy tak w sposób naturalny o kobiecie, która ma dopiero zamiar zajść w ciążę. Kobieta w ciąży to jeszcze nie matka, ale przyszła matka. Kiedy zwykle słyszy się słowa Zostaliście rodzicami? Czy nie narzuca się myśl, że to element gratulacji składanych dopiero po szczęśliwym przyjściu dziecka na świat? Czy przyjęte jest, aby informować rodzinę o poczęciu dziecka słowami: Zostałaś babcią, ciocią / Zostałeś dziadkiem, wujkiem? Bardziej naturalne wydaje się jednak powiedzenie: Zostaniesz / Będziesz… To pojawienie się na świecie dziecka czyni z kobiety matkę w utrwalonej językowo wizji świata, to ono właśnie jest definicyjne. Jeśli nie ma dziecka, nie ma też matki, bo kobieta nie ma dla kogo być matką.
Jakie jest w tym społecznie utrwalonym i przekazywanym w codziennym języku obrazie miejsce rodziców po poronieniu, rodziców dzieci utraconych?
Doświadczenie poronienia może prowadzić niektórych do zadania fundamentalnych pytań o własną tożsamość społeczną, miejsce w rodzinie, wizję własnej osoby. Opisali to autorzy artykułu opublikowanego w „Tygodniku Powszechnym” z 21 września 2010. Por.
Dla wielu rodziców, zwłaszcza tych, którzy stracili pierwsze dziecko, oznacza ono konieczność zakwestionowania tradycyjnego rozumienia podstawowych kategorii relacyjnych. Ale także społecznych i antropologicznych, jak „matka”, „ojciec”, „dziecko”. Muszą wykonać ogromny wysiłek, by samym sobie dać prawo do nazywania się „rodzicem” pomimo braku fizycznej obecności potomka. By to uczynić, kwestionują zatem – często wbrew otoczeniu – znaczenie wieku i wielkości dziecka (np. 11-centymentrowy płód jest takim samym dzieckiem jak 5-latek) oraz oparte na postnatalnej opiece i wzajemności rozumienie relacji z dzieckiem (np. często spędzają z nim w ciszy ledwie kilka minut, gdy odbierają ciało z prosektorium).
Wysiłek rodziców zmierza więc do tego, by rozbić skorupę społecznych wyobrażeń i definicji, tym samym wypracować stanowisko nowe, własne, bardziej ludzkie. Dążą do tego, by uznać w sobie matkę, ojca, a w zmarłym dziecko. I by to dziecko włączyć w strukturę własnej rodziny, w jej wspomnienia, marzenia, a nawet plany (perspektywa eschatologiczna).
W walce o prawo do publicznego nazywania się matką czy ojcem przeciwnikiem rodziców po poronieniu wciąż jeszcze pozostaje – jak pokazałam wyżej – nasz język ojczysty. Na język i utrwalone w nim społeczne obrazowanie nie mamy większego wpływu. Pewne definicje, kategorie i stereotypy znikną z niego tylko wtedy, kiedy zmianie ulegnie świadomość społeczna i niesiona przez język kategoryzacja przestanie być adekwatna.
Marta Falkowskalistopad 2010