KontaktKontakt
Wstazeczka15.10.
ForumForum
Polecamy Pamiętnik Ani Pamiętnik Ani(2) Ile mam dzieci? Prawo w pigułce Przygotuj się do szpitala Słowniczek łac-pol Pogrzeb - 9tc Nietrafione pocieszenia Informacje z regionów
Nasze projekty Warmia-Mazury (2010) Dobre praktyki (2009) Warmia-Mazury (2009) Kujawsko-Pomorskie (2008)
Nowości Wyzwanie Coś nas łączy ponad czasem Dzień Dziecka Utraconego Językowy obraz macierzyństwa Przypadkowe spotkania Wspierająca pomoc Hołd dla mojego dziecka Czy jeszcze przeżywasz? Anioł w deszczu Wbrew procedurom Baloniki (Lublin) Fotorelacja Baloniki (Olsztyn) Fotorelacja Pomóc tym, którzy pomagają Baloniki (Olsztyn) Jak znalazłam się w stowarzyszeniu? Rozmowa z Anią Baloniki (Kraków) Fotorelacja Miłość trudniejsza... Nasza historia Nie wolno się poddawać Jak to jest... Już nie jesteśmy tacy sami Urodziny 3 razy w roku Perspektywa Plotki o świętych Informacje z regionów Galeria Aniołów
Współpraca pomocrodzicom.pl Pol. Stow. Naucz. NPR Prawo i Medycyna

Moje lęki w ciąży

Kto napisze o lękach w ciąży?

Kiedy zakładałyśmy stronę na gwałt potrzebowałyśmy osoby, która napisze tekst o lękach w ciąży do działu “Czekając na dziecko”. Ja byłam wtedy w 6tc i tylko jednej z dziewczyn przyznałam się o tym, że “maluszek w drodze”. Tekst o lękach mogłam wtedy pisać z zamkniętymi oczami – aż za dobrze były mi one znane – ale wtedy absolutnie nie chciałam o tym pisać. Obawiałam się, że przez pisanie a tym samym myślenie o “strachach” jeszcze bardziej wywołam wilka z lasu. Uczciwie mogłam usiąść dopiero gdy ciąża zakończyła się szczęśliwym porodem.

Trymestr pierwszy

Strach tak naprawdę zaczął się jeszcze wtedy, gdy nie byłam w ciąży. Teoretycznie przyszły dni, kiedy możemy się starać o dzidziusia, ale nawał pracy zarówno u mnie jak i u męża nie zachęca do tego... A może to nie tylko zmęczenie? Po prostu boję się, co to będzie? Po dwóch poronieniach, nie znalezionej przyczynie, trudno nie myśleć, czy nie brać pod uwagę najgorszego...

Zaczyna się nowy cykl. Dla spokoju robię kolejne badania: cytologię i posiew na bakterie z pochwy. Obiecuję sobie, że co miesiąc, aż do ciąży zrobię jedno lub dwa z listy. Bardziej “dla głowy” niż “dla ciała”... Kiedy w 27 dniu cyklu odbieram wyniki nogi się pode mną uginają. Cytologia ok, ale za to posiew... nie najlepiej... Na liście są dwie bakterie, które mogły spowodować poronienie. To badanie można było zrobić przed pierwszą straconą ciążą... Z jednej strony cieszę się, że może udało się znaleźć przyczynę, z drugiej – jeśli to jest to, to będę żałować do końca życia, że wcześniej tego badania nie zrobiłam. No i pojawia się pytanie – jeśli się udało i jestem w ciąży? Kupuję test i zostawiam go sobie na rano.

Rano, oczywiście, wychodzą dwie kreski. Choć może oczywiście to dużo za dużo powiedziane. Udało się w pierwszym cyklu, co jest dla mnie ogromną niespodzianką. Dzwonię do lekarza i mówię, że jestem w ciąży i co wyszło z posiewu. Na wizytę zapisuję się na drugi dzień. I co tu dużo mówić – boję się. Po prostu się boję. Bardziej niż cieszę. Mój lekarz jest aniołem – potrafi mnie uspokoić... na kilka dni. Ale dobre i to. Wchodziłam do gabinetu ze strachem, co usłyszę, wychodziłam już spokojna. Z bakteriami różnie wychodzi, mogę być zwykłym “nosicielem” tych bakterii. Antybiotyku lepiej teraz nie dawać – jednak jest to pierwszy trymestr. Za “nosicielstwem” przemawia fakt, że bakterie są wrażliwe na wszelkie możliwe antybiotyki. Czyli jest mała szansa na to, że te paskudztwa złapałam w szpitalu. (Po kilku miesiącach, bez żadnego leczenia, po bakteriach nie będzie śladu...) Pytam się o zaangażowanie w “akcję” związaną z poronieniami – przecież będę się “grzebać” w temacie cały czas, czy mogę, czy może powinnam to zostawić. Dostaję pozwolenie. Zresztą będę sama widzieć, czy to jest dobre, czy nie dla mnie i dla maluszka.

Teściom o kolejnym dziecku mówimy po kilku dniach, gdy jesteśmy u nich na niedzielnym obiedzie. “A kiedy termin porodu?” - Ludzie, myślę, dziś jestem w ciąży, a o terminie nie myślę, bo przecież wszystko może się zdarzyć... - “27 czerwca” - “Piękna data...” - słyszymy komentarze. A mi się robi ciemno przed oczami. 27 czerwca to data drugiego poronienia. Dla mnie piękna-smutna data. O której już chyba tylko ja pamiętam. Do moich Rodziców dzwonimy dopiero po pierwszym USG. Wcześniej nie potrafiłam...

Przed tym badaniem mówię koleżance o tym, że się boję... “A czego tu się bać?!” - co mam powiedzieć, że w tym roku miałam 6 razy w trakcie ciąż robione USG i ani razu nie widziałam żywego dziecka. Przecież wie o tym... Przemilczam, nie mam sił tłumaczyć.

Na pierwszym USG w 6. tc powinno być widoczne serduszko. W nocy nie śpię. Do tej pory w miarę spokojnie przeżywałam ciążę, teraz się boję. To w miarę spokojnie – to, żeby nikogo nie zmyliło – cieszę się każdym kolejnym dniem, “na razie jeszcze jestem w ciąży”, z naciskiem na “na razie”, nie robię planów na koniec czerwca, nie obmyślam, jak przemebluję pokój, gdzie umieszczę ubranka dziecka... Przy poprzednich myślałam... zbytecznie. Teraz nie potrafię. “Cieszę się” - bardziej w środku niż na zewnątrz, nie jest to jakaś szalona radość, bo pomieszana jednak z obawami, lękiem przed powtórzeniem nieszczęścia. Ja już dobrze wiem, że “następnym razem” wcale nie musi być dobrze. Gdy lekarz mi mówi, że serduszko jest i że bije – oddycham z ulgą. “Musiała się pani bardzo denerwować przed badaniem...” - mówi do mnie z troską. “Widać było?” - pytam. “Tak” - i uśmiecha się ciepło. “Wszystko dobrze, wszystko w porządku” - tę frazę powtarza co 5 sekund w trakcie całego badania.

Mijamy pierwszą graniczną datę, czyli koniec 8tc – to wtedy straciłam pierwszą ciążę.

Nie mogę w nocy spać – co się dzieje...? Następne USG dopiero za 4 dni. Czyżbym już zaczęła się tak denerwować, że już nie mogę spać? Zaglądam do kalendarza. Specjalnie nie liczę dni, żeby nie wiedzieć. I co się okazuje? Zaczyna się 79 dzień ciąży. Poprzednio tego dnia miałam łyżeczkowanie. Chyba do końca nie zdajemy sobie sprawę z wpływu psychiki na nasze ciało.

W 12tc idziemy na kolejne USG. Maluszek ma ponad 4cm. “Wszystko w porządku...” - znów uspokaja lekarz. Powoli, bardzo powoli zaczynam oddychać z ulgą. “Jak już teraz jest dobrze, to już do końca powinno być dobrze.” - mówi na koniec wizyty lekarz. A ja... zbyt dobrze wiem, że nie zawsze, nawet jeśli przejdzie się ten etap, to jest dobrze.

Trzynasty i czternasty tydzień ciąży to... jeden wielki strach. Rozbudzone nadzieje ostatnim badaniem i świadomość, że są kobiety, które straciły dzieci na samej końcówce pierwszego trymestru powodują, że już nie potrafię utrzymać swoich emocji na wodzy. Siedzę na tapczanie z kubkiem herbaty i w głowie mam tylko jedną myśl: co ja zrobię, jeśli trzeci raz w ciągu roku poronię? Przez te dwa tygodnie nie robię nic poza “baniem się”.

No i boję się, że te moje nerwy zaszkodzą maluszkowi. Urodzi się, jeśli się urodzi dodaję w myślach, jakiś nadpobudliwy dzidziuś i da nam nieźle “popalić”. Wciąż słyszę naokoło, że dla dobra dziecka powinnam się nie denerwować, niestety, nikt nie mówi, jak to zrobić.

Ostatnie przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia... Zachodzę do pasmanterii, aby kupić wstążki do udekorowania stołu. Poza wstążkami kupuję też... wykroje ciążowe. Pierwszy raz robię coś “na przyszłość” w tej ciąży, nie tylko na najbliższy tydzień. Pierwsze strachy, te najtrudniejsze, już za mną.

Dopiero teraz mówimy dalszej rodzinie o naszej nadziei. Wcześniej wiedziało niewielkie grono osób. Pamiętam do dziś zdziwienie wujka, który się pytał, czy to drugi miesiąc (wcześniej “cała” rodzina wiedziała od razu o ciążach), a w odpowiedzi usłyszał, że zaczyna się czwarty.

Przy każdej poprzedniej ciąży pisałam listy do moich dzieci, z myślą, że kiedyś je im ofiaruję, żeby wiedziały, że od początku były kochane, wyczekane, upragnione... W poprzedniej te listy to był mój sposób na “normalność”, aby pokazać sobie i innym, że poprzednie poronienie nie miało wpływu na przebieg kolejnej. W tej ciąży udaje mi się wpisać pod sześcioma datami... więcej nie daję rady. I nie jest to “nieprzywiązywanie się” do dziecka, jakby sobie tłumaczyli niektórzy. Po prostu psychicznie nie mogę się przełamać.

Trymestr drugi

Za sobą mam dwa poronienia i dwie abrazje. Dwa razy rozszerzano szyjkę macicy. Teoretycznie prosty zabieg, ale... tyle się słyszy o konsekwencjach... Boję się o to, czy czegoś lekarze nie popsuli, że trafi się nam niewydolność szyjki macicy. Każda wizytya w ubikacji to sprawdzanie, czy “coś nie leci”. Każdy ból w podbrzuszu to dla mnie alarm – czy coś złego się nie dzieje? I choć ten czas przeżywam dużo spokojniej niz pierwszy trymestr, to tych myśli, które zatruwają radość oczekiwania nie potrafię się pozbyć. Wciąż na pytanie: jak się czujesz? odpowiadam, że na razie dobrze. Czekam na 23-24 tydzień ciąży, bo wtedy można zacząć mówić o realnych szansach dla dziecka. Dobijamy do 28 tc. To wtedy moja Mama mnie urodziła – kolejny kamień spada mi z serca.

Idziemy też na badanie usg. Pierwsze od ponad roku “normalne” badanie – raz, że wszystko w porządku z dzidziusiem, dwa – ja się już nie boję. Tylko zapłakana para wychodząca przed nami z badania przypomina o tym, co było i naszym doświadczeniem... Wchodząc do gabinetu bardziej myślę o nich, o tym, co przeżywają, współczuję... niż o badaniu, które mnie czeka.

Trymestr trzeci

Coraz częściej myśli kieruję na “rozwiązanie”. Boję i nie boję się porodu. Nie boję się samego procesu jako takiego, mam już za sobą urodzenie dziecka i wiem, jak to wygląda, czego mogę się spodziewać, nie tylko w teorii. Boję się... swoich emocji. Myśląc o tym dziecku, które się urodzi, trudno mi nie myśleć o tych, których nie urodziłam. Słowa, które jako pierwsze wypowiem na powitanie maluszka... przypominają mi to, że “tamte dzieci” musiałam żegnać a nie witać. Czekam na czwarte czy na drugie dziecko? Dla mnie czwarte, dla otoczenia – drugie. Dla większości społeczeństwa, o czym boleśnie się przekonuję, mimo widocznej ciąży i tak mam tylko jedno dziecko – biegającego koło mnie 2.5 latka. Nie ma “tamtych dzieci”, nie ma też i tego dziecka, którego ruchy tak dobrze czuję. W głowie wiele rzeczy jest nadal niepoukładanych. Tzn. ja już mam poukładane, tylko, że moje spostrzeganie rzeczywistości jest tak różne od tego, jak na to patrzy otoczenie i gdy czasami to się ściera ze sobą, to boli.

Kolejna rzecz, której się obawiam, to spotkania z lekarzami, szczególnie z jedną lekarką, którzy byli przy moim drugim poronieniu (wracam do tego samego szpitala). Rozmawiam z moim lekarzem i mam jego zgodę na odmówienie badania przez lekarza, jeśli psychicznie będzie to dla mnie trudne. Chyba liczy na to, że szanse na spotkanie są nikłe. Być może tak jest, ale w przychodni przyszpitalnej już natknęłam się na “tych lekarzy”, krótko po poronieniu, czego wolałam uniknąć. I tu mam dużo szczęścia, nie pojawia się nikt z “tamtych”. Za to spotykam tylko tych, którzy byli przy porodzie pierwszego dziecka.

Boję się też – znowu – konsekwencji dwukrotnej abrazji. Tym razem istnieje niebezpieczeństwo, że łożysko w czasie porodu się nie odklei (tak napisano w poradniku dla kobiet w ciąży, który stoi sobie u mnie na półce) i będzie potrzebne... kolejne łyżeczkowanie. Tego patrzenia w sufit, skojarzeń zbyt bolesnych również się boję. Może to martwienie się na zapas, ale... nie potrafię inaczej. Podejście “hura optymistyczne” przestało być mi znajome. Przecież nikt nie da mi gwarancji, że “będzie dobrze”. I choć statystyki nie są tak przerażające, jak te z pierwszego trymestru, to przecież “wszystko się może zdarzyć”... także w czasie porodu.

W dniu porodu, przy przyjęciu do szpitala, lekarka kilka razy pyta się o te łyżeczkowania, rodzaje poronienia, czy były podawane leki na rozszerzenie szyjki. Pytam się o związek pomiędzy łyżeczkowaniem a nieodklejeniem sie łożyska. Potwierdza, że jest, ale po 24 godzinach dyżuru nie pamięta liczb. Po urodzeniu córki, rodzi się łożysko. Dwie położne oglądają je b. dokładnie. Dużo dokładniej niż przy pierwszym porodzie. Znów padają pytania o poronienia. I to kilka razy. Na szczęście wszystko w porządku. I jak na ironię, już na sali, moja sąsiadka miała łyżeczkowanie, bo nie odkleiło się łożysko (i było to jej pierwsze łyżeczkowanie, drugie dziecko) a mnie to ominęło, choć miałam większe szanse niż ona.

Co zrobić, żeby się nie bać?

Nie wiem i chyba nikt nie potrafi do końca odpowiedzieć na to pytanie. Mi paradoksalnie pomogło to, że... pozwoliłam sobie na niewielki strach. Nie udawałam, że go nie ma. Mówiłam o nim mężowi czy lekarzowi w trakcie badań, szczególnie usg. Szukałam też drobiazgów, które by mi pomogły – muzyka, książka, domowe prace, wspólne gotowanie z pozostałymi domownikami, maksymalne zajęcie czasu. Dzięki temu, że pozwoliłam sobie na “trochę bania” te emocje, które były miały ujście i tak bardzo nie zatruwały mi codzienności. Tylko w szczególnych momentach strach rósł do takich rozmiarów, że trudno było mi normalnie funkcjonować. Pomogły mi też rozmowy z kobietami, które były właśnie w ciąży, które ten najgorszy czas miały już za sobą i przyznawały się do tego, że się bały. Dzięki temu też czułam się normalnie, wbrew opiniom otoczenia, które mówiło o pozytywnym nastawieniu, o strachu, który ma zły wpływ na dziecko itd. Łatwo dawać rady komuś, kto nie przeżył ciąży “po przejściach”, ci, co mają te smutne doświadczenia za sobą wiedzą, że niewiele rzeczy może pomóc, by zniwelować strach, dlatego szukają też każdej rzeczy, która może pomóc. I dla każdej z nas może to być coś zupełnie innego. Tak naprawdę b. trudno jest znaleźć coś, co usunie strach do końca, można go jednak w jakimś stopniu starać się zmniejszyć. Ale nawet tyle warto się starać zrobić.

Nie tylko ja się bałam, bali się też przyjaciele, znajomi. Ci, którzy przeżyli stratę dziecka potrafili się pytać tak, że wiedziałam, że są w tym wszystkim ze mną, że nie pytają na odczepnego. To razem z nimi oddychałam z ulgą po kolejnych badaniach, etapach... Ich obecność wiele dla mnie znaczyła wtedy, znaczy też dziś. Przy nich z moimi lękami, strachami nie czułam się jak dziwoląg, wszak ciąża powinna być czasem radosnego oczekiwania, pełnego nadziei... powinna być... czasami o to trudno.

A pierwszy raz powiedziałam, że “będzie dobrze”... na końcówce porodu, przy 9 cm rozwarcia... 15 minut później córka była “po tej stronie brzuszka”.

Mimo wcześniejszych obaw – wcale nie dała nam “popalić”.

wuchowa