Cześć, Przemko!
Minęło trochę czasu i piszę, co się działo. Będzie długo, bo nie umiem o tym krótko - albo długo, albo wcale. Zawsze można nie czytać. Na przełomie lipca i sierpnia byliśmy w górach. Łaziliśmy przez prawie 3 tyg. jak za starych dobrych czasów (no, prawie, teraz było to raczej z małymi plecaczkami a nie wielkimi plecorami). Były to dla mnie najlepsze wakacje od kilku lat. No i trochę po powrocie okazało się, że tak jak liczyliśmy - wróciliśmy w trójkę.
Od początku wiedziałam, że nie będę od razu mówić - niech miną te magiczne 3 miesiące. Mama skarżyła się na bóle gardła od chyba dwóch lat a ostatnie miesiące bardziej. Wreszcie jakiś rozsądny laryngolog dał skierowanie na tomografię. Coś na tej tomografii wyszło. Skierowanie do szpitala na pobranie wycinka. Pobyt trwa ponad dwa tyg.
W tym czasie jakiś rajdowo jadący w korku kierowca autobusu za n-tym hamowaniem powoduje, że się wywracam. Od następnego dnia ciągnięcie w dole brzucha, sztywnienie w krzyżu. W końcu - izba przyjęć. Usg - lekarz kręci nosem na to, co widzi (pęcherzyk ciążowy bez bijącego serduszka) i oznajmia "Na dwoje babka wróżyła". Babka wróżyła nam dobrze - nie ma żadnego krwawienia, po no-spie ustępują niemiłe dolegliwości, po kilku dniach luteiny (hormon progesteron) od razu torsje na sam kontakt z tabletką. Ale to nic.
Wyniki mamy - nowotwor na krtani. Onkologia Ursynow. Jedziemy w piątek, ot, tak, zorientować się jak to jest z zapisami (mama chciała odpocząć trochę, 2-3dni, od szpitala). Tego samego dnia jest przyjęta przez lekarza, ustalony jest termin naświetlań (początek za 3 tyg., wcześniej się nie da), wykonują maskę specjalną do tych naświetlań, w poniedziałek ma się spotkać z lekarzem na symulatorze.
U mnie przy badaniu wychodzi, że mam polipa, dopiero za parę tyg. dowiedziałam się, że jest umiejscowiony na szyjce macicy. Mam być z dziadem na konsultacji. Jak sobie lekarze pobadali to drań zaczął plamić, więc uspakajające to nie było. Mamie opóźnia się początek naświetlań - zła maska, lekarz po 24h dyżurze zapomniał, że dwie pacjentki czekają przy symulatorze jeszcze, jeszcze coś tam.
Wizyta u lekarza. Następnego dnia jasne krwawienie. Znowu izba przyjęć. Po drodze jest chwila, że myślę, że to już koniec.Tylko myślę, bo nic gorszego się nie dzieje. Lekarz bada, robi usg. Maluch w porządku, ale coś nie wszystko się chyba lekarzowi podoba, bo jest zadowolony, że za 5 dni planowe usg w 12 tc. Niedawno dopiero doczytałam się w jego gryzmołach na karcie info, że mogło być łożysko przodujące, co bywa niebezpieczne i należy wtedy b. uważać. Ale polipa nie widzi. Od kilku dni jestem podziębiona. Nie mogę z mamą jeździć na Ursynów, bo ze względu na malucha trzeba wyzdrowieć. Draństwo jest złośliwe i ilekroć myślę, że będzie już dobrze, to robi się gorzej. Ale przynajmniej dba o urozmaicenie - to gardło boli, to bark i mięśnie na plecach, to znowuż zatoki mocniej niż zwykle zapchane. Dobrze, że z Mamą czasem jeździ jej koleżanka, ale na naświetlania Mama już jeździ sama. Usg w 12 tc. Najpierw maleństwu wyraźnie nie podoba - macha łapką jakby muchę odganiało. Lekarz komentuje tak zabawnie, że muszę powstrzymywać się od śmiechu, bo trzęsie się obraz na monitorze. Wszystkie wyniki są prawidłowe. Łożysko też ok. Na koniec lekarz chce zrobić jeszcze zdjęcie od przodu, delikatnie naciska, by maluch się odwrócił. Owszem, odraca się - ale tyłem do nas! Na koniec lekarz jeszcze tłumaczy jak, co z szyjką macicy - od tego czy szyjka "dobrze trzyma" zależy przecież bezpieczeństwo maluszka. Mąż właściwie dopiero teraz do końca uwierzył, że tam w środku jest DZIECKO. Musiał zobaczyć...
Mama coraz gorzej znosi radioterapię. Jeżdżenie codziennie przez całą W-wę też jej nie pomaga. Chcę, żeby już się dowiedziała o maleństwie, może to doda jej trochę sił. Kilka dni później, po mamy imieninach, dajemy jej do przeczytania opis usg. Jedyne zdjęcie z usg jakie mamy, to widok główki - od góry, więc nie bardzo reprezentacyjne.
Polipa prawdopodobnie nie ma, bo uspokoiły sie plamienia. Podejrzewam, że to krwawienie to był właśnie efekt oderwania się drania. Chyba faktycznie udało mi się rozstać z przeziębieniem.
30 października jedziemy z Mamą na dwa cmentarze - są blisko siebie. 31-go, w niedzielę, nie chce mi się wstawać. Z jabłkiem i książką siedzę/ leżę w łóżku.
Koło 11-ej myślę, że czas na jakieś konkretniejsze śniadanko. Po drodze idę do łazienki. Czuję się normalnie. W łazience przerażenie - leje się ze mnie krew. Przerażona wołam męża. Taksówką jedziemy do szpitala, innego niż wcześniej, bo w tamtym jest remont. Ten jest bliżej i jest kliniką ginekologiczno-położniczą AM. I tak czekamy w poczekalni, jeszcze jakieś dokumenty muszę pokazywać. W końcu wchodzę do gabinetu - bez męża. Badanie wziernikiem - diagnoza "szyjka jak do poronienia" "wygląda jakby chciała wszystko wypluć". Krwawienia prawie nie ma. Szybkie usg - ku zaskoczeniu lekarki dzidziuś beztrosko baraszkuje - pokazuje mi szybko "Tu serduszko, tu rączka, tu nóżka" Przyjmują mnie do szpitala. Mam się przebrać. Okazuje się, że z torby, którą miałam przygotowaną wcześniej, wyciągnęłam piżamę. Dostaję szpitalną koszulę, nawet jest w żółte kwiatki. Zawożą mnie na oddział, Mąż może iść z nami. Oddział "Ginekologia operacyjna" a nie "Patologia ciąży". Na oddziale od razu pobranie krwi do badań. Mam leżeć, wstawać tylko do toalety. Z leków: nospa, luteina, kwas foliowy. Nic nowego. No i leżę - do końca niedzieli, przez Wszystkich Świętych. Pod wieczór mam chęć zrobić krzywdę jednej współpacjentce - głupiej babie udatnie pozującej nie kulturalną świętoszkę - pieprzy coś o grobikach małych dzieci - bezmyślna idiotka. Na szczęście zmieniła temat zanim zebrałam się, żeby jej powiedzieć, by przestała. Kolejnego dnia właściwie nie ma śladu po krwotoku. Mówią o wypisie, tylko wcześniej pobranie materiału z szyjki do posiewu a po obiedzie usg, żeby wszystko sprawdzić. Tym razem ja - idiotka, zamiast dać się łaskawie zawieźć, idę na piechotę. Przed usg kolejka. Robi mi się jakoś słabo. Wchodzę do łazienki obok i - coś jakby zakrwawiło. Nie żaden krwotok, tak trochę. Po wyjściu kładę się na ławce. Nagle się okazuje, że wcale już nie muszę czekać w kolejce, mogę wejść, gdy tylko wyjdzie badana kobietka. W gabinecie lekarz ogląda na monitorze - monitora nie widzę, ale słyszę bicie serca dzieciaczka. Te bicie serca jest taką ulgą, że już na nic nie mam siły. Lekarz mówi "Ja tu nic złego nie widzę". Dopominam się o zbadanie szyjki, czy jest w porządku. Jest w porządku, zamknięta, 3 cm długości. Czyli wszystko - dobrze. Siostra na fotelu odwozi mnie na oddział, po drodze, w windzie, to ona ogląda wyniki usg, ja nawet nie mam siły ich otworzyć mimo, że leżą na moich kolanach.
Zostaję odwieziona do łóżka i na tym się troskliwość szpitala kończy. Nawet głupiego ciśnienia nie zmierzyli. Nie upominałam się, ale u licha, to nie o to chodzi, ostatecznie byłam w szpitalu pod opieką lekarską. Pod wieczór lekarz mówi, że mnie wypiszą. "Ale plamienia?..." "MIMO TEGO" Wychodzi też ta głupia pacjentka. Rozmawia jeszcze z lekarzem przy drzwiach pokoju (od środka) Chcę jeszcze powiedzieć lekarzowi, że po południu, co jakiś czas, dość ostro pobolewał mnie jakiś flaczek w brzuchu. Ilekroć zaczynałam "Panie doktorze" to ta zołza od razu głośniej "Panie docencie!" A jeszcze przy nim stała. Skończyło się tak, że wyszedł z nią po jakieś wyniki badań. Miałam nadzieję, że wróci jeszcze, ale niestety... Wezwałam potem siostrę, mówię co jest. "Trzeba było panu doktorowi powiedzieć." "Próbowałam." Przyniosła czopek rozkurczowy. Później, kilka razy poczułam jakby sztywnienie w dole brzucha. Przeszło, zasnęłam.
Rano - w łazience- na papierze toaletowym trzy malutkie skrzepki/strzępki. Przyszła lekarka - opiekunka sali. Ponownie się wszystkim przedstawiła, bo wcześniej nie sprawdziła w karcie, że od poprzedniego dyżuru ktoś jej na sali został.Powiedziałam jej. Stwierdziła, że trzeba sprawdzić. Śniadanie - nie mam apetytu. Co jakiś czas coś mnie pobolewa w dole brzucha. Obchód. Lekarka od sali z facetem zwanym docentem mówią półsłówkami do siebie: "sprawdzimy - ale napromieniowanie - to ten mały - można przywieźć" - coś takiego. Chcę powiedzieć o bólach w dole brzucha. Docent odwraca się tyłem, machając ręką i idzie do następnego łóżka. Za nim gromada studentów. Nie mam szans na przebicie się przez ten żywy mur. Zresztą mają mi zrobić to badanie, to wtedy powiem.
Trochę spokoju. Potem znowu boli. Tak co jakiś czas. Kilkakrotnie trzymam już w ręku przycisk do wzywania siostry, ale przechodzi. "Może to wyrostek" Nikt się nie zjawia w związku z tym zapowiadanym badaniem. Dochodzi pierwsza, przywożą obiad. Z bólu nie mogę jeść. Wzywam położną. Widzi, że siedzę w dziwnej pozycji na łóżku - tak jest lepiej, widzi, że ból przychodzi falami. Mówi, że lekarz jest na bloku operacyjnym i nie może wyjść, ale ona pójdzie, powie. Nie pojawia się przez nastąpną godzinę aż znowu ją wzywam. Ból jest ciągły, fale polegają na tym, że jest bardzo, bardzo mocny albo bardzo mocny. "Wyrostek? Skręt kiszek?" Położna się pojawia, powtarza tę samą formułkę, co godzinę wcześniej i znika. Gryzę rękę, żeby nie krzyczeć z bólu. Mam torsje. Jeszcze myślę, że przecież lekarze po kolei mówili, że mdłości i torsje to oznaka zdrowej ciąży, więc może jeszcze będzie dobrze. Wreszcie, koło trzeciej jest lekarka. "Do zabiegowego na badanie." Bardzo dziwnie idę, lekarka obejmuje mnie, prowadzi. W zabiegowym czeka inna położna. Widząc, jak się gramolę na fotel, pyta: "To pani taka obolała?" "Tak." - odpowiada za mnie lekarka. W pozycji na plecach czuję w podbrzuszu dodatkowy, idiotyczny, bezsensowny ból. Widać tam sporą wypukłość. Lekarka bierze wziernik, zagląda i mówi "Przykro mi. Poroniła pani". Gdy już siedzę, nie leżę, mówi od razu: "Zrobiła pani wszystko,co pani mogła. Widocznie tak musiało być". Nie wiem, czy ta myśl była od razu, czy przyszła później "Ja tak, ale czy lekarze?"
Do pokoju odwożą mnie wózkiem. Mówię, że chcę do toalety. W sedes wstawiają plastikowy okrągły słój na mocz, bo "Teraz wszystko może polecieć". Faktycznie, po chwili czuję, jak się moje maleństwo ze mnie wysuwa.Obok mnie kuca położna. Słyszę "Niech pani teraz nie patrzy" odruchowo odwracam głowę. Potem tego żałuję. Wciąż.
Płaczę, położna mnie przytula. Jest przy nas lekarka. Dlaczego teraz, nie wcześniej???
Do łóżka. Nie zdążyłam się położyć, gdy czuje, że to nie koniec. Z powrotem do łazienki, nowy słój - łożysko. W łóżku w końcu dzwonię do męża. Mówię "Poroniłam" "Już jadę"
Jeszcze przychodzi psycholog - wtedy gdy przytulamy się jakoś do siebie, milcząc, w bólu. Chwilę trwa zanim dociera do niej, że teraz jest zbędna. Mówi, że przyjedzie później. Nie pojawia się.
Jeszcze wieczorem zabieg łyżeczkowania macicy, w narkozie. Nie wiem, czy potrzebny.
Rano, przez rozsądek staram się jeść. Przeszkadza mi weflon w zgięciu prawej ręki, w łokciu. Wezwana położna mówi, że mam przyjść do dyzurki. "Nie mogę, jak siadam, to kręci mi się w głowie" "To musi lekarz zdecydować" Za jakiś czas wpada lekarka, głupia jakaś, i zaczyna na mnie krzyczeć, że muszę chodzić, bo jak nie, to mnie zawiozą na Banacha, bo mają umowę z interną itd. itp." Po jej wyjściu puszczają mi nerwy - wcześniej płakałam tyle, co wtedy w łazience.
Wieczorem do domu. Przy siedzeniu boli jak po normalnym porodzie. W mieszkaniu od rana szaleją hydraulicy wymieniający piony cw, zw i kanalizacji. Robią co chcą, bo pode mną uginają się nogi i jestem biało-zielona.
Umawiam się przez telefon na odbiór wyników hist-pat - miało być za dwa tyg., zapisują na za 20 dni. Biust mi jakoś sztywnieje, robi się bolesny. W sobotę rano jest tak duży, że zawadzam o meble, drzwi, bo wystaje ze trzy razy tyle i nie mam wyczucia. Boli. Znowu izba przyjęć. Zator pokarmu. Szkoda, że nikt nie wpadł na pomysł, żeby mnie o tej możliwości uprzedzić. Mam mleko w piersiach i bardzo puste ręce.
W niedzielę wieczorem R. odwozi mnie do mamy, bo mama źle się czuje. Na miejscu jest też brat a ja jestem przerażona stanem mamy. Okazało się, że na lek przeciwbólowy w plastrze zareagowała torsjami i bardzo się odwodniła. W poniedziałek brat jedzie z mamą do szpitala. Z miejsca kroplówki i walka o miejsce w szpitalu. W końcu zostawiają mamę na sąsiednim oddziale operacyjnym. Kroplówki, kroplówki + sonda do żołądka. W środę udaje mi się dojechać do mamy do szpitala - wciąż jestem słaba, krwawię. Dobra wiadomość - guza nie ma. Mama, mimo 43kg jest w lepszej kondycji niż ja. Chodzi ze mną w kółko po korytarzu. Na szczęście przychodzi Mamy koleżanka i się żegnam. Po wyjściu z windy siadam na stojącym obok fotelu, bo uginają sie pode mną nogi.
W domu często płaczę. Nie mogę nie. Wyniki badania histopatologicznego - dopiero przed świętami je dostaję a nie za żadne dwa tygodnie - bo było dobrze wykształcone łożysko i wtedy trwa to 3x dłużej: ostre, ropne masywne zapalenie błon płodowych z ogniskami martwicy. Łożysko - w porządku, Malutka - okazało się, że była to dziewczynka - "wad rozwojowych nie stwierdzono". Posiew z szyjki - jałowy. Bardzo dziwnie się czułam, gdy odebrałam te wyniki i dowiedziałam się, że to - córeczka. Najpierw było mi bardzo ciężko - sam fakt odebrania. Potem, jak już szłam, nagle ogarnęła mnie radość, jakbym się właśnie dowiedziała, że to córeczka - o żywym dziecku, dziecku, które jest i będzie a nie dziecku, które już odeszło.W moich myślach znalazła imię - Weronika.
Przemko - przepraszam za epistołę. Za detale dla Ciebie nieważne. Ale - nie umiałam krótko. Nie mogłam napisać, że byłam w ciąży i poroniłam. Bo Weronika była. Istaniała krótko i mało kto o niej wiedział, jeszcze mniej osób będzie choć przez trochę o niej pamiętać. Była taka fajna na tym usg w 12 tyg. Była malutkim człowiekiem a nie tylko "ciążą, która poleciała". Otrząsanie z szoku po jej odejściu odbyło się kosztem zdrowia. Na początku byłam osłabiona po utracie krwi i w szoku. Ale ogólnie ok. Potem przez dwa miesiące miałam temp. ok 36 st.C ? 2 kreski. Siedziałam i marzłam. Gdy w drugiej części cyklu kobietom temp. się podnosi u mnie max. uzyskiwała stan normalny, co prawie było dla mnie jak ataki gorączki. Dorobiłam się mikrocytozy - rodzaj anemii, gdy z niedoboru żelaza czerwone krwinki robią się za małe. I jeszcze co nieco. Po drodze lekarze tacy, jak internista, który na informację, że półtora miesiąca temu poroniłam, wzrusza ramionami, bo co to go obchodzi, przecież nie jest ginekologiem a ja mam nie histeryzować... Czy ginekolog z tekstami "natura sama usuwa uszkodzone płody", "czasem i pięć ciąż się roni", "poronienia są naturalne", "tak małych ciąż się nie ratuje" itd. Nie ułatwiają. Psychicznie nie dawałam rady pomóc mamie, a bardzo potrzebowała i potrzebuje wsparcia. A ja nie miałam siły jej wesprzeć, bo sama starałam się przy niej jakoś trzymać.
Napisz, co u Ciebie. Nie musisz reagować na to, co napisałam. Bardzo to prywatne i chyba intymne, ale się "wygadałam". Nie żałuję, że byłam w tej ciąży, tylko boli, że Malutkiej z nami już nie ma. Za miesiąc, półtora powinnam rodzić... Ale już umiem się uśmiechać, gdy ją wspominam. Samo wspomnienie nie boli. Boli poczucie, że zawiodło się kogoś, kto tak we mnie ufał. Mam nadzieję, że u Ciebie lepiej. Pozdrawiam
z.