Chyba jemu też nie jest łatwo
Tak było przedtem......Pamiętnik ciążowy 13 czerwca 2005r.
„...Samopoczucie na 5, wiesz maleństwo wczoraj widziałam twoje bijące serduszko, to najcudowniejszy dzień w moim życiu, to cud, dzięki technice, mogłam Cię znowu zobaczyć, a cóż to był za niezwykły widok. Serduszko tak szybciutko biło na monitorze to niezwykle tak było patrzeć na ciebie i choć przez chwilkę zatrzymać ten obraz w sobie, takie cudowne śliczne maleństwo – moje maleństwo. (...) Mój mąż generalnie mnie rozbraja, ty jeszcze go nie słyszysz, ale często do ciebie mówi i często głaszcze mnie po brzuchu, a w nocy trzyma rękę na moim brzuchu by także i poczuć Ciebie. To niezwykłe, cudowne i rozbrajające, bardzo się o ciebie i o mnie troszczy, bardzo dba byśmy oboje czuli się dobrze – tak jak ja - już cię kocha .......”
14 dni później ....
27 czerwca 2005 rok godz. 14.30
Pielęgniarka przyszła by przyprowadzić mnie na salę, nie chce jej pomocy idę sama, to tylko parę kroków, przytulam się do ściany, tak bardzo się boje, wyrok zapadł. Wchodzę, mała sala, na środku fotel, obok kosz, zaczynam płakać, na dworze pewnie 30 stopni, a ja trzęsę się przerażona, podchodzi pielęgniarka prowadzi mnie do fotela, mówi, spokojnie, trzyma mnie pod rękę, tłumaczy. Trzeba siąść na fotelu, nogi musimy przypiąć pasami, byś nie zrobiła sobie krzywdy. Mówią na nią „Mała Bożenka”, jakże dzisiaj jestem jej wdzięczna, gdy tak leżę przypięta pasami, roznegliżowana do połowy, jakby instynktownie wyczuła jak bardzo jest mi ciężko, jak bardzo czuję się bezbronna, przestraszona i odarta z intymności, podchodzi i przykrywa mnie chustą. Łzy same płyną po policzkach, nie umiem nie płakać, to koniec moich marzeń. Inna - myślę, że może anestezjolog wstrzykuje mi coś do żyły, mówi cicho „już dobrze” i głaszcze mnie po ręku. „Mała Bożenka” podchodzi do mnie i stara się jak może pocieszyć, „będzie dobrze, zobaczysz, za 1,5 roku spotkamy się na górze (na porodówce), to nie przekreśla Twoich szans na macierzyństwo”. Zasypiam i śni mi się nienaturalnie zielona łąką z ogromnie jaskrawym kwiatami jakby malowanymi przez dzieci, dziwny sen. Budzę się w czystym łóżku, przykryta, ubrana, do żyły sączy się jakiś lek, pewnie znieczulacz, tylko ten dotkliwy ból podbrzusza przypomina mi o tym co się stało, nie płaczę, już nie potrafię, już nic nie chcę czuć, już nigdy. Koniec marzeń.
A miało być tak cudownie ........
24 czerwca 2005 rok godz. 19.00
Trzecia wizyta już nie mogłam się doczekać, jaka szczęśliwa byłam, jaka dumna, zniecierpliwiona i stęskniona za widokiem mojego dziecka – jak duże urosło, myślę i czekam kiedy znowu zobaczę moją kruszynkę i jej bijące serduszko. Uśmiechnięta kładę się na leżankę. Słyszę i nie słyszę słów, po minie lekarza już wiem, łzy same zaczynają płynąć po policzku, nieświadoma jeszcze niespodzianki losu, proszę lekarza by powiedział mi prawdę, chce prawdy choćby miała być najgorsza, on mówi spokojnie, jeszcze nie odbiera mi nadziei, jednak słowa „nie widzę akcji serca, ale jest jeszcze nadzieja, tak się zdarza, musimy zrobić badanie ....” zaczynają dudnić w mojej głowie, słyszę ciąg dalszy „nie ma akcji poronnej, wszystko wygląda bardzo ładnie, jeszcze może być różnie”.... Spokojnym głosem mówi, co zdarzyć się może – dostaje wytyczne na każda ewentualność..... Wychodzę, ilości łez do dzisiaj nie umiem policzyć.
25 czerwca 2005 rok godz. 12.00
Zaczynam plamić, myślę, że to ze stresu i szoku, telefon do lekarza i podróż do szpitala. Nie wierzę, nie wierzę ani we wczorajszy obraz USG, ani w to, że piersi już mnie tak nie bolą, nie dostrzegam też delikatnych skurczy podbrzusza. Izba przyjęć, mojego lekarza nie ma - ma wolne, ale lekarz z izby przyjęć, jest także miły, rzeczowy i spokojny, cierpliwy. Nie potrafiłam się szybko przebrać w piżamę, łzy same kapały jedna po drugiej, powiedziałam przepraszam, gdy czekał żeby mnie zbadać, powiedział, „spokojnie, rozumiem”. Nie umiałam się odezwać zapytać, ale on tłumaczył, co widzi i jak według niego to wygląda, kolejne USG - serduszko nie bije - ale - powiedział - zdarzają się cuda - i życzy mi, by się pomylił w diagnozie, według niego niestety nie ma dla mnie ratunku. Opowiedział mi historię, a ona wlała wtedy w moje serce nadzieję. Badał kobietę, nie pamiętam, w którym była miesiącu, na USG widoczny był martwy płód, powiedział, że nic się nie da zrobić, maleństwo nie żyje, trzeba oczyścić macice. A ona mu na to, że względy religijne nie pozwalają jej poddać się zabiegowi, to po pierwsze, a po drugie on się myli, dziecko żyje. Powiedział – „pomyślałem głupia baba ze wsi”, parę miesięcy później znowu się spotkali, specjalnie do niego przyszła - urodziła zdrowego syna. Wtedy na tej wizycie, rzeczywiście widać było martwe dziecko, ale za nim schowany był brat bliźniak i on urodził się zdrowy.
Zawsze przerażają mnie gmachy szpitalne są takie bezosobowe, takie przytłaczające, ale o dziwo jestem spokojna, nie płacze, może to zasługa niezwykłej pielęgniarki, która pobierała mi krew do analizy, była taka kobieca i ciepła, było jej przykro, nie udawała swojego współczucia, żałuje, że nie wiem jak miała na imię, mój lekarz dzwoni – uspokaja - dopytuje i informuje. Teraz już wiem, że miałam szczęście, czuje się bezpiecznie - trafiłam na salę dwuosobową. Położono mnie na salę dwuosobową z dziewczyną (czeka na operację – mięśniaki). Mówi mi, że jak jest tu trzeci raz to jestem trzecią dziewczyną, z którą leży i która traci dziecko, ona już wie co mnie czeka, ja jeszcze nie, ale nie rani mnie jej obecność.
Po drugiej stronie korytarza płacze dziecko, płakało, bo jego mama go nie chciała, jak bardzo zazdrościłam tej kobiecie macierzyństwa z którego ona zrezygnowała, jak bardzo .....
26 czerwca 2005 roku
Ciągle czekałam na cud, ciągle chciałam mieć nadzieje, ale wieczorem gdzieś w duszy kołacze się myśl, że cud się nie zdarzy, pojawia się ból. Zaczynam wyć w poduszkę, z bólu, tęsknoty i żalu za utraconym marzeniem, tak bardzo się boję. Ból podbrzusza się nasila, ja naiwna wierzę, że to ze stresu, nie chcę żadnych leków, bo nie chce zaszkodzić mojemu dziecku. Ból nie do zniesienia, pielęgniarka przychodzi i tłumaczy – pewnie wie, że nie ma dla mnie nadziei, może kłamie - daje mi leki i zapewnia, takie leki dostają przyszłe mamy, na pewno nie zaszkodzą mojemu dziecku, a mi potrzebny jest jej spokój, nawet jej kłamstwo – jeszcze mogę żyć złudzeniem, robi zastrzyk, którego prawie nie czuje, jest jak dobry duch, tak bardzo potrzebowałam wtedy takiego pocieszenia.
27 czerwca 2005 roku - poranek
Obchód. Wyniki krwi mają być po 10, więc czekam. Przychodzi mój lekarz, zabiera mnie na usg, przykro mi mówi i jakby czytając w moich myślach, robi USG, jemu jest to już niepotrzebne, a ja tak bardzo pragnęłam jeszcze raz zobaczyć moją kruszynkę, jeszcze raz zobaczyć i się pożegnać. Ostatni raz widzę ten piękny pęcherzyk i dzisiaj moja kruszynka jakby specjalnie jest doskonale widoczna, więc patrzę na nią i wyrywa mi się w sercu jej obraz, malutki ludzik, który umarł przedwcześnie, łza kapie i kapie, nie umiem ich powstrzymać.
KOCHAM CIĘ MÓJ MALUSZKU, TAK BARDZO CIĘ KOCHAM, DZIĘKUJĘ CI ZA CZAS, GDY MOGŁAM BYĆ TWOJĄ MAMĄ.
Widzę też już spustoszenie, jakie się dzieje w moim ciele, ta noc pełna bólu to początek.
Ja ciągle nie wierzę.
Lekarz spokojnie mówi mi o wynikach, spokojnie mówi o zabiegu potrafię tylko zapytać czy będzie bolało – Nie – odpowiada – wychodzę.
Chcę uciec, uciec z tego miejsca, to jakaś pomyłka, to nie ja i nie moje dziecko, ono przecież urodzi się w lutym, nie to niemożliwe, laborantka pomyliła się robiąc analizy, mojej krwi, a to urządzenie na pewno się zepsuło, czuje, że się dusze, że mi słabo, wychodzę na dziedziniec. Boże dlaczego dziś jest tak piękne słońce, dlaczego takie niebo błękitne, dlaczego nie płaczesz deszczem, gdy moje dziecko umiera. Patrzę w to niebo i nawet płakać nie potrafię- jak ono – i nagle ta świadomość na mnie spada CUDU NIE BĘDZIE TO KONIEC. Odnajduje mnie lekarz, tak szybko wybiegłam, pyta czy chcę leki, może jakieś uspokajające, może przeciwbólowe. Dziękuję – ale nie.
I nagle taki bunt we mnie rośnie, to nic, że mam dowody ale nie oddam im mojego dziecka, nie pójdę na zabieg, nie plamię, więc może oni wszyscy się mylą, przecież cuda się zdarzają, nie mogą wyrwać mi tego dziecka siłą, nie mogą, bo do końca życia będę myślała, a może je zabili...
27 czerwca 2005 roku - południe
Przychodzi lekarz i przeprasza, zabieg się opóźni, bo przywieźli pacjentkę z wypadku, muszą ratować jej życie. Dziękuję Bogu za te chwilę..... nie na długo ....
Może los, może Bóg się zlitował nad moją psychiką, dostaje boleści i już wiem na pewno to ja pomyliłam się w diagnozie, stoję przy łóżku i czuje, jak zalewam się krwią i jednego w tej chwili żałuje najbardziej, że nie wiem nic o fizjologii poronienia, patrzę na skrzepy krwi i jestem przerażona, bo nie wiem czy to moje dziecko, czy tylko jakiś inny kawałek mnie. Pielęgniarka zmusza mnie bym się położyła, dostaje leki i zaczynam płakać.
Zabieg.....
28 czerwca 2005 roku
Wypis do domu, lekarz zaprasza mnie na rozmowę, on mówi, a ja nic nie rozumiem, dlaczego tu jestem, dlaczego czuję się pusta, dlaczego to ja, dlaczego .... staram się jak mogę być dzielna, tak bardzo się staram. Nie umiałam mojego lekarza o nic zapytać, czuję się taka przerażona, jest we mnie lęk. A on mówi, chyba też nie jest mu łatwo, rzeczowo spokojnie, tym swoim miękkim, ciepłym głosem słyszę tylko strzępy, „........nie przekreśla to Pani następnego macierzyństwa........”, „........zrobimy badania.....”, „.....2 tygodnie abstynencji.......” dostaje receptę i długie zwolnienie, życzenia dużo sił.
Wychodzę ...... mimo, że słońce świecie jasne, a niebo takie błękitne, trzęsę się z zimna, wtulam się w ramiona mojego męża - zaczynam wyć, nawet nie płakać, a droga do domu to 50 km ciszy jakiej jeszcze nigdy nie słyszałam, tylko moje łzy aż krzyczą z rozpaczy.
Aga