MASZYNY TRURLA

Konstruktor Trurl zbudował raz ośmiopiętrową maszynę rozumną, którą, kiedy skończył najważniejszą pracę, pociągnął najpierw białym lakierem; potem narożniki pomalował liliowo, przypatrzył się z daleka i dorobił jeszcze mały deseń na froncie, a tam, gdzie można sobie było wyobrazić jej czoło, położył lekki pomarańczowy rzucik i, bardzo zadowolony z siebie, pogwizdując od niechcenia, niejako z czczego obowiązku rzucił sakramentalne pytanie: ile jest dwa razy dwa?

14 lutego 2004

Walentynki... Chyba nie ma lepszego dnia na zrobienie testu ciążowego. Dwie kreseczki powodują, że ten dzień jeszcze bardziej zapadnie nam w serca. Wieczorem przychodzą rodzice męża i... od razu dzielimy się dobrą nowiną. Podobnie dowiaduje się i synek. Dla mnie data magiczna, bo związana z moją ś. p. Babcią, cieszyła się każdym dzieckiem pojawiającym się w rodzinie. A było ich dużo. Wierzę, że z nieba będzie się opiekować naszym maluszkiem.

15 marca 2004

Wieczorem zaczynam plamić. Jedziemy do szpitala i... wracamy z wyrokiem. W samochodzie siedzimy z tyłu oboje. Łzy lecą nie tylko z moich oczu. Co teraz będzie? Jeszcze mam nadzieję, że za chwilę mój świat wróci do normy. Złudną nadzieję.

16 marca 2004

Szpital. I koszmar, o którym chciałabym zapomnieć. Wchodzę do mieszkania... Nie zmieniło się literalnie nic. Nie przestawiliśmy mebli, nie wyznaczyłam w szafce miejsca na ubranka dla dzidziusia, nie zaszły na zewnątrz żadne zmiany. W głowie poprzestawiało się wszystko. I znów jesteśmy w trójkę – myślę.

20 maja 2004

Dziś są moje urodziny. Wieczorem odbieram wynik Bhcg. Pozytywny. Musi się udać, tym razem magia daty musi zadziałać. Tam w brzuszku rośnie sobie mój “urodzinowy prezent”.

27 czerwca 2004

Wychodzę ze szpitala po łyżeczkowaniu. I znów jesteśmy w trójkę. Nie potrafię zapomnieć tego, co się stało. Na cmentarzu stawiam dwie lampki. Ile ja mam dzieci? No ile? Jedno? Trójkę? Jak mam zapomnieć o radości z dwóch kreseczek? Jak mam zapomnieć o nadziejach, planach, marzeniach, listach pisanych do dzieci, meblowaniu na nowo mieszkania każdego dnia ciąży? Jesteśmy w piątkę, tylko, że z dwójką “po tamtej stronie”.

Z wykształcenia jestem matematykiem, “matematyczna część mojej duszy” nieraz daje o sobie znać. Nie potrafię nie policzyć wszystkich moich dzieci. Backspace, delete tutaj nie działa. Zapisane w pamięci zostały na zawsze i nie mam możliwości usunięcia tych danych. I nie tylko w pamięci, “te” dzieci zagościły się na dobre w moim sercu. Pokochałam je od “pierwszego wejrzenia”... Żeby zapomnieć musiałabym serce zamienić w kamień. Tylko jak to zrobić i czy w ogóle warto? Obarczona doświadczeniem, nawet jeśli zajdę kolejny raz w ciążę, nie będę potrafiła czekać na narodziny, jakby tej wcześniejszej historii nie było.

Maszyna ruszyła. Najpierw zapaliły się jej lampy, zajaśniały obwody, zahuczały prądy jak wodospady, zagrały sprzężenia, potem rozżarzyły się cewki, zawirowało w niej, rozłomotało się, zadudniło i tak szedł na całą równinę hałas, aż Trurl pomyślał, że trzeba będzie sporządzić jej specjalny tłumik myślowy Tymczasem maszyna wciąż pracowała, jakby przychodziło jej rozstrzygać najtrudniejszy problem w całym Kosmosie; ziemia dygotała, piasek usuwał się spod stóp od wibracji, bezpieczniki strzelały jak korki z flaszek, a przekaźniki aż nadrywały się z wysiłku. Nareszcie, kiedy Trurla porządnie już zniesmaczył taki rwetes, maszyna zahamowała gwałtownie i rzekła gromowym głosem: SIEDEM!
- No no, moja droga! - rzekł od niechcenia Trurl. - Nic podobnego, jest cztery, bądź tak dobra, popraw się! Ile jest dwa a dwa?
- SIEDEM! - odparła maszyna niezwłocznie.

Grudzień 2004

11 tydzień ciąży. Czwartej w moim życiu. Jeszcze nie wierzę w sukces, jeszcze wszystko może się zdarzyć. Optymizmu we mnie jak na lekarstwo. Wybieramy się wspólnie na “wigilię” w gronie znajomych. Mąż ma nawał pracy i w ostatniej chwili decyduje, że zostaje w domu. Ja idę z Pełkiem synkiem. Znajomi wszyscy wiedzieli, co się stało. Większość przemilczała do bólu nasze straty. Gdy mówiłam – szybko następowała zmiana tematu. Tylko dwie osoby z tego grona pytały, cierpliwie wysłuchały. Ale z tym się godzę, nie każdy potrafi stanąć obok cudzego cierpienia. Od tamtych smutnych wydarzeń mija właśnie pół roku... Jakoś sobie daję radę.
Zaczynają się życzenia i dzielenie opłatkiem. Kurczę blade... po co ja się malowałam. Ktoś z tych “milczących” właśnie mi wciska kity, jaka to łaska nas spotkała. Sorry, jestem w stanie zrozumieć sens cierpienia itd., ale za wcześnie, aby o tym w takiej chwili mi przypominać. Dla mnie – po milczeniu w marcu i czerwcu – to są tylko uładzone formułki, żeby coś powiedzieć a nie wpaść w banalne “zdrowych i spokojnych”. Dlaczego ja sama muszę przez to przechodzić, dlaczego mąż musiał zostać w domu... Jakby łaską było ronić dzieci... Kto się modli o taką łaskę? Bezmyślność ludzka nie ma granic. Kolejne życzenia... Abyście w końcu się doczekali drugiego dziecka. Machinalnie odpowiadam, że czekam na czwarte. Ale nie potrafię inaczej. “Tamte dzieci” tak mocno zapadły mi w pamięć, w serce, że to przemilczanie boli.
Godzinę później przychodzą spóźnieni ostatni goście. Przychodzą z takim dwumiesięcznym maluszkiem. Miałyśmy z tą dziewczyną razem rodzić. Nie widziałyśmy się od marca... Nagle pada pytanie: A ty Monika, co urodziłaś? - Nie urodziłam, poroniłam córeczkę. W środku jest mi trudno... Jednak nie wszyscy wiedzieli. I znów zapada milczenie, w którym nie stać tej drugiej strony na zwykłe przykro mi.

Marzec 2005

To był mój pomysł na urlop wychowawczy. Żeby zrobić etap magisterski na informatyce. Albo chociaż spróbować. Zawsze okazja do “wyjścia z domu”, no i nauczę się czegoś. Nawet jeśli się nie uda, bo pojawi się drugi maluch w domu, płakać nie będę. W październiku nie było rewolucji w rodzinie, podobnie trzy miesiące później. Mogę spokojnie studiować. W styczniu nie mam jak usiąść do nauki. Mąż nadal ma nawał obowiązków w pracy, a tylko dzięki niemu mam chwilę czasu na studiowanie. Na szczęście jest w marcu “sesja naukowców”. Kończy się luty, wypadałoby sprawdzić, kiedy ta sesja się zaczyna. Świetnie – za tydzień mam pierwszy egzamin. A ja nie rozumiem treści zadań z poprzednich lat. Dziewczynom z “poronienia” mówię, że nie ma mnie na najbliższe 2-3 tygodnie, żadnych maili, żadnych nowości na stronie, nic, urlop od działań.
Przede mną ostatni egzamin. Ustny. Jak to zdam, to mam absolutorium. Brzuszek coraz bardziej widoczny, specjalnie zakładam takie ciuchy, żeby było go jeszcze bardziej widać. Już po egzaminie profesor przechodzi na bardziej “familijne” pytania. Swego czasu mieszkał w jednym pokoju w akademiku z moim teściem. Mój mąż w czasach licealnych jeździł z nim na obozy, które profesor prowadził. Bardzo przyjemna rozmowa. To pierwsze dziecko? - Nie czwarte, z tym, że dwójka nam zmarła. Na twarzy zdumienie, zaskoczenie... Ale dlaczego? Co się stało? - Wskutek poronienia, w 8 i 11 tygodniu ciąży - odpowiadam spokojnie, tego typu sprawy mnie nie ruszają, nauczyłam się żyć z moją przeszłością. Aaa... myślałem, że coś gorszego się stało...
Reszty nie słyszę. Wiem, że są gorsze rzeczy, ale to, co się stało, było najgorszą rzeczą, jaka nam się przytrafiła. Czy jest coś gorszego niż śmierć dwójki dzieci? (Wiem, można stracić dzieci w późniejszym etapie ciąży, można stracić więcej niż dwójkę... ale nam się też przytrafiło mega nieszczęście.) To jest moja “oddolna akcja”, żeby ludziom uświadomić, że jest taki problem w ogóle jak poronienie, nie mam trudności, żeby mówić, co nas spotkało, ale... to bagatelizowanie rusza najbardziej. Z jednej strony wyrzucam sobie, po co mówiłam, z drugiej mam nadzieję, że następnym razem ten człowiek pomyśli, zanim powie, że coś gorszego...

Chcąc nie chcąc, Trurl - westchnąwszy - nałożył roboczy fartuch, który był już zdjął, zakasał wysoko rękawy, otworzył spodnią klapę i wlazł do środka. Nie wychodził z niej długo, słychać było, jak wali młotem, jak odkręca coś, spawa, lutuje, jak wbiega, dudniąc po blaszanych stopniach, raz na szóste piętro, raz na ósme, i zaraz w te pędy gna na dół. Puścił prąd, aż zaskwierczało w środku i fioletowe wąsy wyrosły iskiernikom. Mozolił się tak dwie godziny, aż wyszedł na świeże powietrze zakopcony, lecz zadowolony złożył wszystkie narzędzia, rzucił fartuch na ziemię, wytarł twarz i ręce, i już na odchodnym, ot, tak, dla świętego spokoju, spytał:
- Ileż to jest: dwa a dwa?
- SIEDEM! - odparła maszyna.

Kwiecień 2005

Dzwonię do szkoły rodzenia i pytam się, czy będę mogła uczestniczyć tylko w wybranych zajęciach. Głównie dotyczących porodu. Po Pełku nie widzę potrzeby, żeby uczyć się kąpania maluszka. OK. Pierwsze zajęcia, prowadzący ćwiczenia młody chłopak, pyta, które to jest dziecko? I co ja mam odpowiedzieć?. Mniej więcej drugie. To “mniej więcej” mruczę pod nosem z nadzieją, że nie usłyszy. Usłyszał. Jak to mniej więcej? - i na jego twarzy pojawia się uśmiech od ucha do ucha. Dwójka mi zmarła. Konsternacja. Milczenie. Aha.
Wracam wieczorem po zajęciach do domu. Ucieka mi autobus. Na to samo wyjdzie, czy przejdę się piechotą, czy poczekam na przystanku. Wybieram to pierwsze. Jest późno, ulice pustoszeją. A we mnie wciąż to pytanie: które to jest dziecko? Wykład był o porodzie... Myślami jestem przy dzieciach, których nie urodzę. Idę i pierwszy raz od dawna czuję jak łzy spływają mi po twarzy.

U męża zauważam pierwsze siwe włosy. No cóż, przecież jestem ojcem czwórki dzieci. Jestem mu wdzięczna za te słowa, że można tak normalnie, po prostu pamiętać, że był ktoś jeszcze, że jest obecny na swój sposób ktoś jeszcze.

Pod koniec miesiąca wybieramy się na ślub do znajomych. Nawet udało mi się znaleźć sukienkę w indyjskim sklepie, w którą się mieszczę i która jako tako wygląda (a ja w niej). Cieszę się, bo na weselu będzie trochę znajomych, których dawno nie widziałam. Synka udaje nam się oddać moim rodzicom, więc przed nami super zabawa. Później będziemy mieć przerwę na jakiś czas...
Przy ołtarzu znajomy ksiądz. On, prawie pięć lat temu, błogosławił nam przy Sakramencie Małżeństwa. Pamiętam, jak jeszcze na naszym weselu umawialiśmy się na to, że będzie nam chrzcił dzieci. Zażartował, że co drugie. Dobra, ale zaczniemy od pierwszego, bo jak będzie nieparzysta ilość dzieci, to wtedy będziemy się częściej widzieć. Gdy urodził się Pełek tego księdza nie było w kraju. Następnych dzieci nie było dane chrzcić żadnemu księdzu.

Pod kościołem, jak to po ślubie, gwar, rozmowy, kolejka z życzeniami. Magdy nie widziałam jakieś siedem lat. To wasze pierwsze? Pyta pokazując na już spory brzuszek. Milczę, co ja mam odpowiedzieć? Łapię powietrze... I nagle słyszę: Drugie. To mąż wyratował mnie z opresji. Jestem wdzięczna – nie chcę psuć nastroju świątecznego moją historią, a przez gardło mi nie przechodzi ta dwójka. Jednocześnie wiem, że dla męża “tamte dzieci” też się liczą. Przy stole siedzimy przy kolejnych znajomych, których dawno nie widziałam, nie wiem, czy znają naszą historię, czy nie. A ty jak się czujesz... psychicznie? Wymiękam. Co ja mam powiedzieć? Jak wyglądał pierwszy trymestr, gdy się czekało do wieczora, a później do rana? Gdy z ulgą się wychodziło z USG...? Że chciałam zasnąć na początku i obudzić się najlepiej po dziewięciu miesiącach? Dziękuję, raczej dobrze. Tylko czasami odzywają się różne strachy, w zeszłym roku trzy razy zachodziłam w ciąże, dwójkę dzieci mamy po “drugiej stronie”, a takie oczekiwanie, gdy się wie nie tylko w teorii, co się może zdarzyć nie należy do najprostszych. W oczach widzę zrozumienie.

Czerwiec 2005

W związku z gazetką parafialną idę do proboszcza przypomnieć się z kilkoma sprawami. Przy stole siedzi jakiś mężczyzna. Zaczyna się przedstawianie. A to jest... mama dwójki dzieci – mówi proboszcz. Przecież czwórki - dopowiadam. Widać zdziwienie na twarzy mężczyzny, jakoś trudno pomylić, czy matka ma dwójkę czy czwórkę dzieci. Tym bardziej, że mam z czwórką jest dużo mniej niż z dwiema pociechami. No tak, no tak... - próbuje ratować sytuację proboszcz. Patrzę prosto w oczy, jakby nie było obcemu człowiekowi, który nadal oczekuje wyjaśnień i mówię Czekamy teraz na czwarte dziecko, dwójkę mam w niebie. - A wie pani, że państwo Martin, rodzice św. Tereski, również stracili dzieci? I znów wdzięczność, że można tak normalnie, po prostu mówić o śmierci dziecka. Mała Tereska to jedna z “moich” świętych. Historię jej rodziców znam dość dobrze.

Lipiec 2005

No to jesteśmy w domu. Można rzec w komplecie. Rodzina, wizyty, radość wszystkich. Gratulacje dla podwójnej mamy. Coś chwyta za gardło... oczy pełne łez... przecież... a tamte dzieci? Dla rodziny sprawa jest jasna, czekali na dziecko, to się doczekali. To jak z książką, każde dziecko to osobna historia, osobny rozdział. Dla większości mamy za sobą dwa rozdziały. Jeden z “przebojami”, smutnymi wydarzeniami, ale z happy-endem. Ze szczęśliwym zakończeniem – dzieckiem – i bez zmarłych dzieci. Dla mnie moja książka ma cztery rozdziały i zawsze “czytając” drugi i trzeci nie potrafię powstrzymać łez, które napływają.

Nawet wysyłając zawiadomienia o narodzinach córeczki przypominam o moich zmarłych dzieciach. Pojawiła się w naszym życiu jak promyk słońca przebijający się przez ciemne chmury. Nie potrafię cieszyć się tym dzieckiem, jakby wcześniej nic się nie stało. Nie potrafię... Naprawdę patrzę w przyszłość, ale przeszłość wycisnęła takie piętno na mnie samej, że już nic nie jest takie samo. Zwłaszcza oczekiwanie na dziecko i radość z tego, że po prostu jest. Te sprawy przestały być oczywiste. Cud narodzin rzeczywiście stał się dla mnie cudem.

Śni mi się niebo... czy może przedsionek nieba, idziemy razem TAM, mama z czwórką dzieci...

Konstruktor Trurl sporządził raz maszynę, która umiała robić wszystko na literę n. [...]
- Hm - rzekł bardzo niezadowolony Klapaucjusz - to mają być nice? Powiedzmy, że tak... Dajmy na to, dla świętego spokoju... Ale oto trzeci rozkaz: Maszyno! Masz zrobić Nic! [...]
- Stój! Stój! Cofam to, co powiedziałem! Przestań! Nie rób Niebytu!! - wrzeszczał na całe gardło Klapaucjusz, ale zanim maszyna się zatrzymała, znikły jeszcze graszaki, plukwy, filidrony i zamry. Wtedy dopiero maszyna znieruchomiała. Świat wyglądał wręcz przeraźliwie. Zwłaszcza ucierpiało niebo: widać było na nim ledwo pojedyncze punkciki gwiazd; ani śladu prześlicznych gryzmaków i gwajdolnic, które tak dotąd upiększały nieboskłon!
- Wielkie nieba! - zakrzyknął Klapaucjusz. - A gdzież są kambuzele? Gdzie moje murkwie ulubione? Gdzie pćmy łagodne?!
- Nie ma ich i nigdy już nie będzie - odparła spokojnie maszyna. Wykonałam, a raczej zaczęłam wykonywać to tylko, coś mi kazał... [...]
- Ale ja chcę, żeby były murkwie! - ryknął Klapaucjusz.
- Murkwi nie będzie - rzekła maszyna. - Popatrz, proszę, na świat, jaki jest cały pełen olbrzymich czarnych dziur, pełen Nicości, która wypełnia bezdenne otchłanie między gwiazdami, jak wszystko dokoła stało się nią podszyte, jak czyha nad każdym skrawkiem istnienia. To twoje dzieło, mój zawistniku! Nie sądzę, żeby następne pokolenia miały cię za to błogosławić...
- Może się nie dowiedzą... Może nie zauważą... - wyjąkał pobladły Klapaucjusz, patrząc z niewiarą w pustkę czarnego nieba i nie śmiąc nawet w oczy spojrzeć swemu koledze.

Czasami mam wrażenie, że moje otoczenie tak właśnie postępuje, z nadzieją, że może nie zauważę, że moich dzieci nie ma fizycznie przy mnie. Tylko, że ja wciąż zauważam...

Monika (wuchowa)

W tekście wykorzystano fragmenty opowiadań S. Lema pt. "Maszyna Trurla" oraz "Jak ocalał świat".

Zobacz też:
ile masz dzieci? - post na forum Chore/Strata

Maszyna Trurla
Jak ocalał świat

(c) 2004-2005 www.poronienie.pl.