Moje życie nie wróci do normy
Czy żałoba kiedyś się kończy? Czy można sobie ułożyć życie po śmierci? Czy można pogodzić się i nauczyć się żyć z tęsknotą za swoim Dzieckiem? Nie wiem… ciągle nie potrafię odpowiedzieć na te pytania, choć minęło już 3,5 miesiąca od śmierci naszego Pawełka. Już minęło, a może dopiero? Czas jest okrutny. Nie dość, że nie chciał ani na minutę zatrzymać się nad śmiercią naszego Dziecka, to teraz gna nieubłaganie do przodu nie zważając na mój smutek, nie zauważając, że ja nie nadążam.
Gdy trafiłam do szpitala był ostatni dzień listopada. Moje serce przepełniał ogromny lęk, ale mieszkała w nim niemniejsza nadzieja. Bo przecież będzie dobrze. Lekarz powiedział, że ciąża jest żywa, że ją utrzymamy. Będzie dobrze, bo przecież nie może nas spotkać coś tak strasznego jak poronienie… a właściwie dlaczego nie nas? W czym my jesteśmy lepsi od innych? Takie myśli kotłowały się w mojej głowie następnego dnia, kiedy to coraz bardziej regularne skurcze podpowiadały mojemu sercu, że nie będzie dobrze. I przesuwając paciorki różańca modliłam się o cud, choć słyszałam ten cichutki głos w mojej duszy, że cudu nie będzie. I nie było. Poroniłam o 19:00. Prosto z gabinetu zabiegowego pojechałam na salę operacyjną na zabieg. Czekaliśmy na anestezjologa, a ja czułam, jak całe życie wywraca się do góry nogami. Po zabiegu na chwilkę wpuszczono do mnie mojego męża, a tak naprawdę to przemyciły go położne, bo lekarz nie chciał się zgodzić na odwiedziny o 21:00. Przytuliliśmy się mocno i razem zapłakaliśmy nad naszym utraconym szczęściem, nad nami, nad ruinami naszych planów.
Następnego dnia wyszłam do domu. Pojechaliśmy z mężem do parku, bo
nie chciałam jeszcze wracać do domu, do naszej córeczki. Musiałam się
wypłakać, chciałam wyrzucić ten żal, wykrzyczeć w głos ból, ale nie dało
się. Ogrom smutku nie mógł się zmieścić ani w moich łzach, ani w szlochaniu.
Gdy wchodziłam po schodach do domu to poczułam ścisk w gardle, jakby ktoś
zakładał mi ciasną obręcz i zaciskał coraz bardziej i bardziej… wtedy nie
wiedziałam jeszcze, że muszę nauczyć się z tym żyć, że jeszcze długo nie
będę umiała normalnie oddychać.
Gdy przytuliłam moją córeczkę, gdy poczułam jak jej malutkie rączki łapią
mnie mocno za szyję, przez chwilkę czułam się dobrze. Jakby cały ból i żal
odpłynął, a może schował się gdzieś w kąt zawstydzony tą czystą i ogromną
miłością naszej córeczki.
8 tygodni. Tyle miał nasz Pawełek, kiedy poleciał do nieba. Każdy, kto stracił Dziecko, wie, że czasu jego życia nie można analizować w kategorii długości. O tym, jak bardzo nasze Dziecko było obecne w naszym życiu przekonałam się z całą mocą już po Jego śmierci. Gdy nagle okazało się, że z każdego pomieszczenia naszego mieszkania spoglądają na nas duchy naszych marzeń i planów. Wymienione okna przypominają, że chcieliśmy, aby było ciepło, bo Maluszek będzie spał ze mną w dużym pokoju. Szafka jest pełna ubranek po Agnieszce, które teraz miały być dla Pawełka, ale niestety nie będą potrzebne. Dwie duże antyramy, w których są zdjęcia Agi. Gdy je kupowaliśmy, wierzyliśmy, że już niedługo w jednej z nich będzie zdjęcie Pawełka…duchy naszych marzeń i planów są z nami każdego dnia. Czasem siadają cichutko tuż obok, tak, że można je czuć całym ciałem i wtedy ciche, ogromne łzy płyną po policzkach. Innym razem spadają niespodziewanie przygniatając swoim ciężarem do podłogi. Są z nami, za nami, przed nami… Dziś mogę powiedzieć, że trochę udało mi się je oswoić, że potrafię żyć zauważając ich obecność, ale nie dając się wciągnąć w ich wir. Często potrafię tak żyć, ale są dni, gdy nie mam sił i pozwalam, aby wzięły mnie za ręce i zabrały w przeszłość, do dni, gdy było pięknie, gdy byliśmy czteroosobową rodziną. I sama podróż w tamten czas jest bardzo przyjemna, pozwala delikatnie się uśmiechnąć do nas wtedy. Tylko, że później trzeba wrócić do życia teraźniejszością… a to jest zawsze bardzo bolesne.
Ja nie znam sposobu na ułożenie sobie życia po śmierci Pawełka. Mam cudowną córeczkę, której obecność zmusza mnie do życia. Wiem jednak, że szczęśliwe dzieci, to takie, które mają szczęśliwych rodziców, a moje szczęście uciekło, cuda w naszym życiu się skończyły. Kocham moje Dzieci ogromnie i tylko ta tęsknota, ten żal jakoś nie dają się oswoić.
Żałoba kiedyś się wypali, ale życie moje nie wróci do normy. Nie może, bo to, co było kiedyś normą dziś nią nie jest. I my także nie jesteśmy tacy, jak kiedyś. Chyba mogę powiedzieć, że w gruncie rzeczy jesteśmy lepsi, tylko ta cena, jaką przyszło zapłacić za te zmiany jest taka ogromna, że zastanawiam się czy nie można było inaczej…
monika